Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Spring Break, czyli wyprawa na Bliski Wschód #3

5 kwietnia, poniedziałek, Damaszek, Syria

Święta Wielkanocne zbliżają się do końca, za kilka minut wybije północ i skończą się moje pierwsze święta poza domem. Podobnie skończy się za kilkanaście godzin moja przygoda w Damaszku, stolicy Syrii. Couch surfing jest świetny, bo nigdy nie wiesz na kogo trafisz. W Damaszku spędziliśmy dwie noce surfując po podłodze... syryjskich żołnierzy. Służba wojskowa jest obowiązkowa, nawet po studiach i trwa 24 miesiące. Mohametowi, naszemu hostowi, zostało jeszcze 9, Abdul Aziemu - 3. Osoba pełniąca służbę jest bardzo ograniczona jeśli mówimy o prawach obywatelskich. Ich dowody osobiste są inne niż cywilne, nie mogą zawierać umów czy innych tego typu rzeczy. Nie mieszkają też w koszarach, rząd gwarantuje im lokum. Na bardzo niskim poziomie. W ciągu tych dwóch dni w czwórkę (Alper, Mohamet, Abdul Azi i ja) spaliśmy w pomieszczeniu, które ma może 9metrów kwadratowych, goły cement na podłodze (przykryty dywanem, na to cienki materac), ściany otynkowane były może z 10 lat temu, dach drewniany. Pomieszczenie to służyło za sypialnię, kuchnię (lodówka i butelka z gazem jest) i salon (telewizor jest). Toaleta na zewnątrz, turecka. Woda bieżąca jest z ogrodowego szlaucha więc o prysznicu zapomnij (ostatni miałem... w piątek wieczorem). Ale wiecie co? To jest niesamowite. Ci ludzie wiele nie mają materialnie, ale serca mają wielkie. W niedzielę, po przyjeździe tutaj zjedliśmy w piątkę (Mohamet host, Mohamet jego przyjaciel, Abdul Azi i my) syryjską kolację, czyli tortillo-pitę, hummus (pasta z ciecierzycy), falafel (smażone kotleciki z ciecierzycy), wypiliśmy kilka filiżanek syryjskiej herbaty (domyślnie bardzo słodka), a na koniec filiżankę tureckiej kawy (robił Abdul Azi, Kurd). Nasz host miał nocna wartę, więc spotkał się z nami dopiero w poniedziałek po południu. Cały dzień spędziliśmy z drugim Mohametem, który prawie nie mówił po angielski, ale jego chęć porozumienia się z nami była tak wielka, że nam się udawało. Pokazał nam właściwie cały Stary Damaszek i kilka urokliwych-nie-turystycznych-miejsc.
Ach, bym zapomniał. Na śniadanie Abdul Azi przygotował nam (czytaj: kupił ^^) gorące placki - z serem, papryką i z zatarem (tak, pamiętałem, kupiłem).
Damaszek jest niesamowity. Współgra tutaj konserwatywny islam z dość frywolnym chrześcijaństwem. Obok siebie stoją meczety, kościoły katolickie i ortodoksów czy Ormian. Souq (bazar) jest niewiarygodny - tłoczny od ludzi, towarów i zapachów przypraw i owoców. Podobał mi się na pewno bardziej niż Halep (no może z wyjątkiem cytadeli, damasceńska jest zamknięta dla turystów). Dystrykt żydowski jest urokliwy, główny meczet imponujący i w środku i na zewnątrz. Wrokliwe małe uliczki wypełnione sklepikami czy palarniami nargileh, piękne. Mohamet zaprowadził nas nawet do kawiarni, do której chcieliśmy iść ze względu na hakawati Abu Shadiego(ostatniego żyjącego profesjonalnego opowiadacza). Niestety spóźniliśmy się o godzinę, czego bardzo żałujemy. Następnym razem... jest powód żeby wrócić kiedyś do Damaszku. Kiedyś na pewno wrócę, na dłużej. Póki co, kolejne miasta czekają. Za kilka godzin bierzemy autobus do drugiej stolicy tego wyjazdu - Ammanu, stolicy Jordanii. Tam też będziemy surfować...
Zostało nam 6 dni, do zobaczenia Amman, Petra, Beirut, Tripoli, Lattakia, znowu tranzytem Hatay. Żeby w niedzielę w nocy być w Ankarze; ale to jeszcze tyle czasu. 6 dni przygód przed nami.
PS: W Halepie byliśmy atrakcją turystyczną... może dlatego, że świeżo zakupione arafatki nosiliśmy jak miejscowi, na głowie? :)

















wtorek, 16 marca 2010

Konya, czyli z plecakiem przez miasto

Konyę uznaję się za jedno z najbardziej konserwatywnych miast Turcji. To właśnie z tego miasta wywodzi się "tradycja" wirujących derwiszy i to właśnie tutaj tworzył i zmarł Rumi zwany również Mevlana (Nasz Przewodnik), XIII wieczny poeta, filozof i mistyk. I właśnie z tych dwóch powodów bardzo chcieliśmy z Gwen przyjechać do tego miasta, a już na pewno w weekend, żeby załapać się na sobotę. Dlaczego... o tym za chwilę... Mogę teraz tylko napisać, że udało nam się zrealizować wszystkie punkty programu. Co więcej, zdecydowaliśmy, że żeby lepiej poznać Turcję skorzystamy z CouchSurfingu (www.couchsurfing.com).

Już od samego początku dopisywał nam humor, szczęście i wrażenie, że doświadczamy tej prawdziwej Turcji. Na dworzec autobusowy dotarliśmy z przeświadczeniem, że kupienie biletów problemem nie będzie. Nie było. Dworzec autobusowy (otogar) w Ankarze to dobre 100 stanowisk najróżniejszych przewoźników. I prawie każdy z nich zatrudnia pracownika, który kręci się po terminalu, wykrzykuje nazwy miasta, do których można z jego firmą pojechać oraz pyta się wszystkich (a zwłaszcza tych wyglądających na Turystów) dokąd jadą próbując zaciągnąć ich do swojego stanowiska. Wyglądaliśmy wyjątkowo turystycznie, zwłaszcza ja, więc od razu "mieliśmy wzięcie"; ze słowotoku popularnych miast wyłowiliśmy pytanie "Dokąd?", na które odpowiedzieliśmy chóralnie "Konya". Nie zdążyliśmy zrobić kroku, gdy nawoływacz krzyknął do drugiego i tamten już zmierzał w naszą stronę, żeby zaprowadzić do 'swojego" biura. 40 TL i dwa bilety kupione, odjazd za 20 minut.
4 godziny później siedzieliśmy już w tramwaju, który kursował pomiędzy otogarem w Konyi a centrum (7km, 30 minut). I jesteśmy... Zadowoleni, wyspani. Pogoda wspaniała, prawie 20 stopni na plusie, pełne słońce. Obraliśmy pierwszy cel - Muzeum Mevlany, ale najpierw lunch. Tak dobrego kebabu z baraniny to dawno nie jadłem. Obowiązkowo ayran.
Znaleźliśmy się w końcu w Muzeum Mevlany, na które składa się dziedziniec, mauzoleum, wieże-sarkofagi oraz "kuchnia" będąca dawną szkołą derwiszy.
Począwszy od śmierci Rumiego (17 grudnia 1273 - noc zaślubin) powstało około 100 zgrupowań derwiszy, jednakże w latach '20 ubiegłego wieku Ataturk uznał je za przeszkodę w drodze do rozwoju państwa i zakazał praktykowania. W 1957 zakon w Konyi został "zreaktywowany" jako dziedzictwo kulturowe.
Zachowując się jak japońscy turyści zwróciliśmy na siebie uwagę jednego z, jak się później okazało, sprzedawców dywanów, który uznał mnie za Amerykanina. Skorzystaliśmy z okazji i zostaliśmy oprowadzeni po całym kompleksie dowiadując się przy okazji ciekawostek, które w przewodniku wspomniane nie zostały.
W mauzoleum znajduje się pięknie zdobiony grób Mevlany oraz kilkadziesiąt sarkofagów członków jego rodziny oraz bliskich przyjaciół. Niestety - fotografii ze środka brak, zakaz. w drugiej części budynku znajdują się przeróżne pamiątki - głównie ręcznie pisane egzemplarze Koranu (w tym ponoć najmniejszy Koran na świecie, czy Koran spisany przez marynarza specjalnym tuszem, który umożliwia czytanie również po zmroku) oraz dywany (w tym jeden, jedwabny przedstawiający Kaabę w Mekce, na który składa się ponad 3 000 000 splotów (144 na centymetrze kwadratowym)).Centralne miejsce jednak zajmuje relikwia Mahometa - pięknie zdobiona szkatułka, w której znajduje się pęk włosów z brody proroka. W rogach szklanej gabloty wywiercone są otwory. Odwiedzający zbliżają do nich swoje nosy i wdychają powietrze ze środka - wciąż czuć różany zapach, którego używał Mahomet.
Informacja turystyczne była tego dnia zamknięta, więc z jeszcze większym zapałem podążaliśmy za naszym przewodnikiem, który obiecał nam darmowe broszury o Mevlanie, wieczornej semie oraz mapy miasta. Na pytanie dokąd idziemy, usłyszeliśmy odpowiedź "Do mojego sklepu". No tak.. sprzedawca dywanów.
I tutaj doświadczyliśmy kolejnego uczucia spod znaku "A to Turcja właśnie". Zostaliśmy ugoszczeni, tak jak powinniśmy zostać. Siedziałem na wygodnej kanapie, piłem jabłkową herbatę i czekałem an Gwen, która połknęła haczyk i wybierała dywan. Trochę targowania (30% zszedł, ale i tak pewnie z ceny turystycznej) i Gwen stała się bardzo szczęśliwą posiadaczką całkiem ładnego tureckiego dywanu.

Przyszedł czas na spotkanie Hakana, naszego hosta, który przywitał nas wraz ze znajomym, Husseinem. I znów bardzo losowe tureckie doświadczenie - byliśmy wolnymi słuchaczami na wykładzie z zaawansowanej gramatyki tureckiej (kurs przygotowawczy do państwowego egzaminu, który trzeba napisać jeśli chce się pracować np w ministerstwie czy armii). Choć siedzieliśmy w ostatnim rzędzie, to zostaliśmy wychwyceni przez wykładowcę. Hakan wraz z Husseinem wytłumaczyli kim jesteśmy, co tutaj robimy. Domyślam się, że przez chwilę byliśmy w centrum zainteresowania całej grupy. Niestety, póki co, nasza znajomość tureckiego pozwoliła na wyłapanie jedynie słów "Mustafa Kemal" (prawdziwe imię i nazwisko Ataturka).
Prosto z wykładu w czwórkę udaliśmy się do Centrum Kulturalnego Mevlany na semę. Czyli numer jeden na liście rzeczy do zobaczenia w Konyi (no może numer dwa, zaraz po Muzeum Mevlany). Sema, czyli modlitwa wirujących derwiszy. We wspomnianym centrum semy organizowane są co sobotę, a wejście na nie jest darmowe.
Muszę przyznać, że zapłaciłbym za to każde pieniądze. Ciężko znaleźć słowa, które mogłyby całość opisać. To, co widzieliśmy podczas tureckiej nocy w Kapadocji to nic... Tam było 4 derwiszy... tutaj około 20 wykonujących pełną semę oraz kolejnych około 10 stanowiących oprawę muzyczną. Wyobraźcie sobie 20 jednocześnie wirujących mężczyzn, którzy do tego tworzą "konstelacje" i przemieszczają się podczas wirowania. Ubrani w białe suknie, w smukłych czapkach, wirują i stają się pomostem między Allahem a ziemią. Prawa dłoń zwrócona jest ku niebu, ku Allahowi, a lewa skierowana jest ku ziemi.
Wśród nich znalazł się też chłopiec, na oko około 7-8 letni, który wirował wraz z nimi. Niesamowite było to, że chłopiec ubrany był na biało co świadczy o jego doświadczeniu.
Warto tutaj też wspomnieć, że ta sema nie jest robiona jako show. To są prawdziwi derwisze, którzy naprawdę się modlą i łączą z Allahem.
Całość trwa ponad godzinę...

Po semie wróciliśmy do centrum, żeby coś zjeść. Stanęło na şiş kebabie, czyli szaszłykach. Ale nie takich jak robimy na niedzielne rodzinne grillowanie. Kelner pierw podał talerze ze świeżą pietruszką, niby-salsą (to jest genialne!), świeżą i duszoną cebulą oraz cienkie placki (coś jakby tortilla ale o zupełnie innym smaku). Dopiero po chwili przyniósł szaszłyki - kawałki mięsa na długich metalowych szpikulcach. Ja zaryzykowałem kebab z płucek (bardzo dobry muszę przyznać; w sumie po kokoreç mnie nic nie zdziwi), Gwen - kurczaka. Co do tego? Oczywiście że ayran, a potem herbata. Zmęczeni zaszliśmy jeszcze na pyszną owocową herbatę (ale robioną na bazie świeżych owoców) do "nargileh salonu". Chcieliśmy iść gdzieś na nargileh, ale Konya jak na konserwatywne miasto przystało nie ma życia nocnego nawet w sobotę wieczór. Prawda taka, że nam to nie przeszkadzało, ale jak się okazało byli tacy, którzy tego zrozumieć nie potrafili.
Po 17 godzinach na nogach w końcu trafiliśmy do mieszkania Hakana i mogliśmy położyć się spać. Choć nie obyło się bez lekkiego stresu. Zakomunikowaliśmy, że idziemy spać (spaliśmy w trójkę w jednym pokoju) położyliśmy się do swoich łóżek; Hakan zgasił światło i usiadł na krześle i obserwował. Trochę nas to zaniepokoiło, ale w końcu pragnienie snu wygrało i udaliśmy się na spotkanie z Morfeuszem. Może to po prostu turecka gościnność - dopilnowanie, żeby goście zasnęli spokojnie...
Skończyła się sobota...

Niedziela była natomiast dniem tureckiej gościnności, drobnych przyjemności oraz zwiedzania meczetów.
Zaczęło się od tureckiego śniadania z Hakanem i jego rodzicami. Śniadanie prawdziwie tureckie, nie tylko ze względu na zestaw ale też na formę, czyli siedzenie na podłodze. A jedzenie było pyszne. Zwłaszcza drobno pokrojona duszona papryka na zimno. Po szybkim pożegnaniu udaliśmy się już we dwójkę na przystanek tramwajowy. Zonk - nie ma budki żeby kupić bilety. No to idziemy na drugi przystanek, gdzie był mały sklepik. Ale biletów w nim nie było. Byli natomiast przesympatyczni Turkowie. Pan z kiosku zawołał dwóch Turków, którzy przed chwilą coś u niego kupowali. Ci zabrali nas na przystanek, skasowali swoje bilety za nas i powiedzieli gdzie mamy wysiąść. I jeszcze gumą poczęstowali!
Prosto z przystanku udaliśmy się ponownie do Muzeum Mevlany, ale zniechęceni wielką kolejką wielkich niemieckich turystów postanowiliśmy chwilę odpocząć przy szumie fontanny. Dosiadła się do nas młoda Turczynka, może 18-20 letnia, z włosami przysłoniętymi różową chustą. Słyszała, że rozmawiamy po angielsku i po prostu chciała chwilę porozmawiać z nami i poćwiczyć swój angielski, którego zaczęła się uczyć. Takie drobiazgi, a człowiekowi miło się robi.
Po krótkiej rozmowie zaczęliśmy nasz objazd po meczetach. Zaczęliśmy od XVI-wiecznego Selimiye Camii [selimije dżami] znajdującego się zaraz koło Muzeum Mevlany. Następny był İplikçi Camii [iplikczi dżami], najstarszy (1202) meczet w Konyi. Jego wnętrze różni sę tak bardzo od wszystkich meczetów, które widzieliśmy, gdyż jest po prostu pusty jeśli chodzi o dekoracje ścian. Mamy jedynie okrągłe płyty z imionami Allaha, mihrab i nic poza tym. Ostatnim meczetem na szlaku był usytuowany na szczycie Alaaddin Tepesi (wzgórze Aladyna) Alaaddin Camii [aladin dżami], czyli najważniejszy meczet w Konyi i drugie (zaraz po grobie Rumiego) najświętrze miejsce miasta. 20 lat młodszy od İplikçi Camii łączy w sobie Rzymski i Bizantyjski styl. Z pięknym marmurowym ozdobionym biało-błękitnymi motywami mihrabem i ze wspaniałym widokiem na Konyę. Spacerując po jego wnętrzu natknęliśmy się na grupę mężczyzn, których "przewodnik" w pewnym momencie poprosił ich, żeby usiedli i zaczął śpiewać. Natomiast na dziedzińcu zaczepiło nas dwóch Turków prosząc o zrobienie sobie zdjęcia z panoramą miasta... i mną :) Turyści z Bodrum (Południowy-zachód, wybrzeże).
Zmęczenie stwierdziliśmy, że przyszedł najwyższy czas na nargileh i łyk jabłkowej herbaty. Gdzie? W ogródkach herbacianych, które zajmują prawie całe zbocze wzgórza. Wspólnymi siłami udało nam się zamówić wszystko po turecku o raz po turecku spytać się gdzie znajdziemy dobre etli ekmek (dosłownie "chleb z mięsem"), czyli specjalności Konyi - pidę z baraniną.
Po chwili spaceru siedzieliśmy w restauracji i po Turecku zamawialiśmy etli ekmek! Usłyszeliśmy nawet, ze nasz Turecki jest bardzo dobry, co nas bardzo podbudowało (zwłaszcza w świetle przyszłotygodniowego egzaminu). Po kilkunastu minutach na naszym stole wylądowały dwie szklanki samorobnego ayranu, talerz wspaniałej salsy, talerz z surówką (sałata z pomidorem, ogórkiem i zieloną papryczką), talerz ze świeżą natką pietruszki oraz wielki półmisek z pokrojoną pidą... Smaku etli ekmek z pietruszką skropioną cytryną i salsą nie da się opisać słowami. Zjedliśmy wszystko, co do kawałka... I oczywiście popiliśmy cały obiad filiżanką herbaty. Na deser kupiliśmy sobie w kiosku po rożku (pistacjowe Cornetto!). Po tym przyszedł czas na zakupienie biletu na tramwaj (po Turecku) i usłyszenie od sprzedawcy "Sen Polonya'yin" co znaczy nie mniej ni więcej "Jesteś z Polski". Po dwóch dniach bycia mylonym z Amerykaninem czy, co gorsza, Niemcem była to sympatyczna odmiana.
40 minut później kupowaliśmy bilet do domu. Jedna firma chciała nas zrobić w balona mówiąc, że wszystkie autobusy do Ankary odjeżdżają o 18 (była 17:10)... dwa czy trzy stanowiska dalej kupiliśmy (taniej) bilety na autobus o 17:30.
O 22 otworzyliśmy drzwi do naszego tymczasowego domu... I stwierdziliśmy, że to był wyjątkowo udany weekend. Ze wspaniałą pogodą, sympatycznymi przygodami i dowodem, że pierwszy raz nie zawsze boli, wszak Couchsurfing był zabawny :)

Konfrontując swoje wrażenie następnego dnia z Corrado i Oceaną, których spotkaliśmy przed i po semie, stwierdziliśmy, że jesteśmy bardzo dobraną podróżniczą parą i zwiedzanie w grupie było idiotyczne. Dlaczego? Powiedzieli nam, że miasto może i ładne, ale nudne. Podobnie sema...

My byliśmy wniebowzięci...

A na koniec cytat z nauk Mevlany, który w Konyi znają wszyscy...

Przyjdź, przyjdź raz jeszcze, przyjdź nawet jeśli w Boga nie wierzysz lub jesteś czcicielem ognia. Przyjdź, bo nie jesteśmy z tych, którzy tracą nadzieję. Przyjdź, nawet jeśli sto razy złamałeś swoje przysięgi. Proszę Cię, przyjdź raz jeszcze.
[wolne tłumaczenie znalezione w sieci]

Więcej zdjęć, jak zawsze na FaceBooku.

poniedziałek, 8 marca 2010

Safranbolu, czyli turecka gościnność w oazie spokoju

W przewodniku jak i w rozmówkach pisali, że Turcja to kraj ludzi niezwykle gościnnych, pomocnych i otwartych. Oczywiście, doświadczyłem tego nie raz i nie dwa, ale dopiero w miniony weekend było to aż tak widoczne i niesamowite.

Postanowiłem wybrać się do Safranbolu (o czym dalej). Kupiłem bilet na piątek i... tyle. Nie rezerwowałem hostelu, nie szukałem hosta. Stwierdziłem, że pojadę i czegoś poszukam. W przewodniku przeczytałem, że otogar (dworzec autobusowy) znajduje się jakieś 5 kilometrów od starego centrum miasta, gdzie mieszczą się właściwie wszystkie hotele itp. Planowo miałem ten dystans przejść.
W autobusie siedział obok mnie starszy Turek, który łamaną angielszczyzną, posiłkując się tureckim i francuskim próbował ze mną zagadać. Chwilę nam się udało (potem zasnąłem). Stanęło na tym, że weźmiemy razem taksówkę z dworca do centrum. Nie powiem, żeby mi na tym zależało, ale w sumie czemu nie. Wzięliśmy taksówkę... po drodze zgarnęliśmy jakąś jego znajomą, która po angielsku już lepiej mówiła, i pojechaliśmy do centrum. Licznik zatrzymał się na jakichś 10 lirach, które uznałem, że podzielimy - Nie ma mowy, on płaci. Kobieta wypytała mnie gdzie zmierzam itp. Wybrałem pierwszy lepszy hostel z przewodnika i powiedziałem, że tam. Nie minęło więcej jak 5 sekund gdy kazali mi czekać, aż oni znajdą kogoś, kto mnie tam zaprowadzi. Znacznie dłużej zajęlo mi odmówienie i uświadomienie ich, że wystarczy mi wskazanie na mapie miejsca gdzie jesteśmy i gdzie jest hostel. Wytłumaczyli... Poszedłem... Zgubiłem się (żeby nie było, mapa była niedokładna, nie wskazywała wszystkich ulic, przez co źle skręciłem). Stojąc na środku uliczki starając się odgadnąć gdzie znajduję się na mapie podeszło do mnie dwóch mężczyzn i bardzo łamanym angielskim (połączonym z dość zaawansowanym językiem ciała) próbowali mi wytłumaczyć jak dojść do hostelu (właściwie to pensjonatu). Albo ich angielski był zbyt ubogi, albo moja zrozumiałość tureckiego zawiodła ale nie udało nam się ustalić gdzie jest szukany przeze mnie budynek. Skończyło się na tym, że jeden z nich wziął mnie pod ramię i zaprowadził pod same drzwi pensjonatu (choć było to w zupełnie przeciwnym kierunku niż ten, w którym zmierzał wcześniej).
Tego samego dnia będąc w malutkiej rodzinnej restauracyjce udzieliła mi się znów turecka atmosfera. Zajadałem się tradycyjnym przysmakiem regionu (makaron z orzechami włoskimi i parmezano-podobnym serem) pijąc setną herbatę tego dnie, oglądając wraz z domownikami turecką telenowelę.
Wałęsając się po uliczkach, slalomem omijając wszechobecne stoiska z pamiątkami i jedzeniem, kilka razy zaczepiano mnie rzucając angielskim "welcome, welcome!" czy "where are you from?" (gdy ignorowałem pytanie słyszałem przelotem tureckie spekulacje... Kanada albo Niemcy :P). Wieczorem siedząc przed przed kafeterią z fajką wodną i dwusetną herbatą często przechodnie po prostu rzucali przyjazne "Merhaba!" (Witaj/cześć) czy po prostu się uśmiechali. Następnego dnia, próbując zorientować się w którą stronę łapać dolmuş, pomógł nam (mi i Kazowi, Japończykowi poznanemu w hostelu) taksówkarz. Co prawda chciał nas zachęcić do skorzystania z jego usług, ale nawet po odmowie i zaznaczeniu, że jesteśmy studentami i każdy grosz się liczy z nami postał, zabawiał chwilę rozmową, aż przyjechał odpowiedni minibus.

W ogóle to pojechałem tam w całkiem nietypowym czasie - kompletnie poza sezonem. A to równało się z, ciszą, spokojem, pustkami na ulicach, szybszym zamykaniem wszystkich sklepów i stoisk, pustką w pensjonacie (gdy przyjechałem, byłem jedynym gościem, wieczorem dojechał Kaz). Coś pięknego... Domyślam się, że w sezonie miasteczko pełne jest turystów - lokalnych (ponoć bardzo popularne miejsce pośród Turków) jak i zagranicznych. A może powinienem powiedzieć - japońskich - łatwiej jest w Safranbolu znaleźć japońskie menu i japońskie informacje o produktach w sklepie niż angielskie. Podobnie z mieszkańcami, częściej mówią lepiej po japońsku niż po angielsku. Kaz jest Japończykiem, a w sobotę spotkaliśmy jeszcze dwóch innych, których uczyliśmy grać w tavlę. To musiał być komiczny widok. Polak i Japończyk próbujący nauczyć dwóch innych Japończyków grania w turecką grę :)
O samym miasteczku słów kilka; dlaczego w ogóle zdecydowałem się tam pojechać. Po pierwsze 0 zaledwie 3 godziny drogi od Ankary. Po drugie, tanie bilety (30 TL w dwie strony). Po trzecie i chyba najbardziej zachęcające - miasto wpisane jest na listę dziedzictwa narodowego UNESCO jako doskonale zachowany przykład architektury osmańskiej (to chyba polski odpowiednik "ottoman", prawda?). Fakt, całe stare miasto składa się z tradycyjnych osmańskich budynków; cześć z nich pełni funkcję pensjonatów, inne nadal są prywatnymi domami, a jeszcze kilka przerobione na muzea. Byliśmy z Kazem w jednym, ponoć najlepiej zorganizowanym. Fakt, ekspozycja dość ciekawa, z wykorzystaniem manekinów ubranych w tradycyjne stroje uwiecznionych w trakcie wykonywania tradycyjnych czynności. Poza tym stary hamam (łaźnia, normalnie czynna), 2 czy 3 meczety (w tym İzzet Paşa Camii, jeden z największych meczetów w stylu osmańskim w Turcji; jego wnętrze jest na zdjęciach), były budynek rządowy zbudowany na wzgórzu na miejsce zamku wraz z wieżą zegarową na którą wspielismy się na kilka minut przed wybiciem pełnej godziny, co dało nam okazję zobaczyć jak działa mechanizm dzwonu. A do tego multum wąskich uliczek z poukrywanymi fontannami i naprawdę dobrymi panoramami miasta. Miasteczko, a właściwie jego stare miasto, da się zwiedzić w kilka godzin, wliczając w to czas na lunch, próbowanie lokalnych przysmaków (większość z dodatkiem szafranu, który rośnie tutaj w nietypowy sposób kwitnąc na jesień; od nazwy tego kwiatu pochodzi nazwa miasta - SAFRANbolu) oraz co najmniej godzinę spędzoną przy fajce wodnej z herbatą i kilkoma partiami w tavlę. Chodząc po mieście w piątek przeszedłem właściwie całe stare miasto będąc wszędzie po kilka razy.

Wyjazd mogę zaliczyć do zdecydowanie udanych... tego mi było trzeba właściwie. Wyciszenia i trochę czasu spędzonego z samym sobą i własnymi myślami, które parowały z mojej głowy jak herbata parująca na wieczornym chłodzie i rozpływały się w powietrzu jak jabłkowy dym z fajki wodnej...


Następny przystanek - kolebka wirujących derwiszy - Konya, albo gorące źródła Pamukkale. A potem tylko tydzień egzaminów-kolokwiów i wyprawa na wschód!

poniedziałek, 22 lutego 2010

Ankara niedzielnie, czyli coś o jedzeniu

"I love Sundays" powiedział dziś Chris gdy jedliśmy śniadanie. Meksykańsko-kalifornijskie śniadanie - śniadaniowe burritos, czyli meksykańska tortilla (a właściwie turecka wersja tortilli) z ziemniaczano-jajeczno-serowym farszem. Genialne.. coś czuję, że po powrocie do Polski zacznę jadać śniadania. Duże śniadania - dużo ziemniaków i jajek (zjadamy tutaj koło 30 czy nawet 40 jajek tygodniowo).
Jest 23 tutaj, a ja nadal jestem najedzony. Dzisiaj wieczorem kuchnia była moja, czego efektem była wspaniała kolacja w stylu polskim: gotowane ziemniaki, surówka z pora i jabłka, faszerowane papryki z sosem pomidorowym z marchewką i cukinią.. Do tego piwo i ayran. Nie wiedziałem, czy mi wyjdzie bo robiłem to pierwszy raz. Wyszło genialnie. W czwórkę zjedliśmy 8 papryk, jeszcze 4 zostały. Dziewczyny mnie uwielbiają. Chris też :P

Po takim wstępie i nagłówku wiadomo już o czym będzie notka. O tureckim jedzeniu i samym tytule tego bloga - kebabach.
Jestem tutaj 4 tygodnie (tak, 4 tygodnie dzisiaj mijają!), więc najwyższa pora napisać o tureckim jedzeniu, które jest... po prostu pyszne. I inne od tego, co serwują w Polsce pod nazwą "turecki kebab".
Ale zacznijmy od podstaw, czyli składników. Półki w sklepach uginają się tutaj od świeżych owoców (pomarańcze, jabłka, mandarynki, kiwi, ananasy, granaty, banany), warzyw (papryki, sałaty, pomidory, bakłażany, cukinie, marchewki) oraz ziaren i orzechów (w tym pysznych acz drogich pistacji). Do tego oczywiście oliwki w różnych formach (świeże, suszone, w marynacie itp.). To, co kojarzy się z Turcją to też przyprawy. I tutaj szczerze powiedziawszy można się zdziwić. Próbując różnych dań z różnych miejsc (restauracje, bary, fast-foody, kantyny studenckie) można się przekonać, że poza standardowym zestawem sól+pieprz w grę wchodzi miażdżony czerwony pieprz i suszona mięta. Pierwsze nadaje się do wszystkiego i nadaje specyficzny pikantny posmak. Osobiście dodaję to do wszystkiego i na pewno przywiozę/przyślę najmniej dwa opakowania. Suszoną miętę natomiast można znaleźć nawet w sałatce makaronowej (makaron-świderki, oliwki, oliwa, pomidory, kawałki kurczaka) serwowanej na uczelni w porze lunchu.
Niestety cierpię tutaj z powodu braku takich przypraw jak oregano, majeranek czy tymianek. Jedyne co udało nam się znaleźć, to suszona bazylia.
Cóż jeszcze dobrego i od razu gotowego do zjedzenia można znaleźć powszechnie w sklepach? Kozi ser - jest drogi, to prawda (~TLY 10/PLN 20 za jakieś 0.6kg) ale nieziemsko pyszny. Pasuje do wszystkiego - tosty, jajecznica, omlet, carbonara (doskonale równoważy słodką śmietanę). Poza tym oczywiście jogurt, który można kupić w 2-3kg kubłach i oczywiście ayran. Dla przypomnienia - jogurt z wodą i solą. W smaku podobny do kefiru. Doskonale pasuje do każdego posiłku, zwłaszcza pikantnego, a kaca leczy równie skutecznie co kefir.
Tutaj kolejny punkt z cyklu "Brakuje mi" - serów żółtych. Dostępny jest właściwie jeden żółty ser, który jest tłusty i trochę bez smaku. A już na pewno bez nazwy. Nie uświadczy się tutaj takiego wyboru jak u nas. O francuskich serach pleśniowych (czy typu camombert czy błękitny lazur) można zapomnieć. Nawet nie mają tego w Carrefourze czy Realu. Poza tym nie mogłem nigdzie znaleźć śmietany 12 czy 18%. Jedyne co znalazłem to odpowiednik naszej 36%. Słodka, ale carbonarę da się z niej zrobić.
Tyle o składnikach...

A o samych daniach teraz. Podstawa - kebaby. Metro Świętokrzyska czy budy na Świętojańskiej kebab widziały chyba tylko na obrazkach. Zwłaszcza budy przy metrze. Mikrofalówki to widziałem jedynie w sklepie RTV-AGD. Najprostszy kebab: pieczywo (bardzo podobne w smaku do naszych bagietek, ale kształtem bardziej przypomina bułkę paryską), do tego mięso drobiowe lub baranina starannie zważone na małej wadze i poszatkowana sałata i cebula. Kropka. Nie ma sera, nie ma kalorycznych i chemicznych sosów. Wszystko podpieczone w opiekaczu. Do tego oczywiście ayran. Czasami pieczywo zastąpione jest plackiem pszennym typu tortilla.
Placek taki można jednak posmarować pastą paprykową (chyba paprykową), która jest pikantna, skropić sokiem z cytryny, posypać sałatą lodową i polać sosem na bazie granatu. Zawinąć i podawać ze słodzonym ayranem. Świetna przegryzka przed/po imprezie.
Jak już jesteśmy przy przegryzkach PO imprezowch; miałem tydzień temu okazję spróbować czegoś zwanego Kokoreç. Alper powiedział, że muszę tego spróbować po imprezie (Swoją drogą - o imprezach i życiu nocnym niedługo). Żeby zaostrzyć apetyt i ciekawość dodał, że sprzedaż tego została zakazana na terenie UE i że Unia próbuje zmusić Turcję do zaprzestania sprzedaży tegoż specjału. Faktycznie zaostrzył apetyt :) Kokoreç sprzedawany zazwyczaj jest na ulicy z przenośnego grilla. Dygresja: większość dań typu "fast food" robiona jest "na oczach" klienta, tzn. wszystko jest świeżo smażone, grillowane, opiekane. Sprzedawca korzystając z dwóch tasaków bardzo drobno kroi mięsny składnik przyprawiając go ostrą zieloną papryczką (kocham, kocham, kocham!) oraz wspomnianym miażdżonym czerwonym pieprzem. Dosłownie 3 minuty grillowania i mięso ląduje w chlebie - całym, połowie lub ćwiartce zależy jak bardzo głodnym się jest. Jako, że był to mój pierwszy raz (ale na pewno nie ostatni!) to dostałem ćwierć chleba. Zjadłem, oblizałem wargi i zamarzyłem o ayranie, bo tak pikantne to było. Co nie znaczy, że było złe. O nie, było naprawdę smaczne. A teraz do sedna - składnik mięsny to nic innego jak posiekane baranie flaki (przedstawiono mi to dokładniej jako odbytnicę). Naprawdę smaczne!
Co jeszcze? Köfte czyli kulki z mięsa mielonego smażone i podawane z sosem pomidorowym. Całkiem smaczne, ale niespecjalne oryginalne. Bardziej ciekawa jest już pida, czyli coś w stylu pizzy, ale takiej prawdziwej włoskiej - cieniutkie ciasto z bardzo cienką warstwą farszu mięsnego (lub w wersji wegetariańskiej z serem). Czym pida jest posypana? Zgadza się - miażdżonym czerwonym pieprzem. A co się do niej pije? Brawo, ayran.

A po wszystkim deser - chałwa, baklava... Wszystko słodkie jak diabli ale za to niebiańsko pyszne. Baza do słodyczy to orzechy i cukier. Lepsze to niż portugalskie jajka z cukrem. Ayran można zastąpić herbatą w filiżankach w charakterystycznych filiżankach (gdyby był ciut mniejsze i na nóżce to wyglądałyby jak kieliszki do vinho do Porto). Czym różni się turecka herbata od liptona? Esencja jest znacznie mocniejsza. Herbatę parzy się w dwuczęściowych zaparzaczach. Pierw w większym czajniczku gotuje się wodę; gdy ta już wrze zalewa się nią liście herbaty w mniejszym czajniczku, który stawia się na wiekszym i trzyma na ogniu kolejne 12 minut. Po 12 minutach herbata ponoć jest doskonała. Pierw do szklanki wlewa się esencję z górnego czajniczka, a następnie uzupełnia wodą z dolnego. Herbatę pija się tutaj z cukrem, cytryna odpada. Kawę po turecku piłem dzisiaj pierwszy raz, średnio słodką. Na czym polega sekret tureckiej kawy - (jeszcze) nie wiem, ale faktycznie jest inna. Nie smakuje ani jak włoskie espresso, ani jak portugalska bica, a już na pewno nie jak zwykła nescafe. Jest mocna i zamawiając mówi się czy ma być gorzka, słodka, czy bardzo słodka. Nie jestem wielkim fanem kawy, ale muszę przyznać, że ta którą dzisiaj piłem była naprawdę smaczna.

Zapomniałem o czymś? Chyba nie... a nawet jeśli to jak mi się przypomni, to napiszę o tym innym razem...
Podsumowując - tureckie jedzenie jest świeże, zrónoważone jeśli mówimy o podstawowych wartościach odżywczych, do tego nie jest tłuste (co nie znaczy, że nie jest kaloryczne) i jest po prostu smaczne.
Poza tym w domu mam doskonałego meksykańskiego kucharza i drugiego, genialnego polskiego i wszechstronnie uzdolnionego kulinarnie (i niezwykle skromnego). I Gwen, któa ostatnio zrobiła genialną irańską potrawkę.

Ach, wiem... brakuje mi tutaj mielonej wołowiny albo wieprzowiny... Wszystko bazuje na kurczaku, ewentualnie baraninie. Ja rozumiem, że islam itp. ale na miłość boską - 40zł za kilogram mięsa? To jak 60zł za kilogram łososia w Warszawie!

Dobranoc... jest prawie 2 w nocy.

I smacznego!